emocjonalna izba wytrzeźwień

060. małe kłamstewka

Posted in dojrzewalnia by udrape on 9 Czerwiec 2011

Zbierają się latami. Odkładają, rosną w sterty i hałdy. Nie tykane, nie wietrzone, niezauważane  – przecież są takie małe, takie niewinne… Kłamstwo lub podłość wielkiego kalibru strasznie uwiera, choćby tylko dla własnego komfortu i spokoju trzeba się z nim rozprawić. Ale małe niewinne kłamstewka? Nawet nie kłamstewka przecież, ot, przemilczenia, małe przebarwienia rzeczywistości, niezrozumienie tematu…

Nie wynikały z celowego ordynarnego mijania się z prawdą, z chęci zatajenia czegoś. Nie, były jedynie systematycznym, metodycznym wręcz przetrącaniem definicji, myleniem pojęć. Przy okazji niezwykle skutecznym, misternie zawoalowanym mechanizmem obronnym. Czy umyślnym? Na poziomie świadomości nie miałam takiej intencji. Ja – ta codzienna, zdrowiejąca, mocno stąpająca po gruncie teraźniejszości (albo choć próbująca się do tej wizji zbliżyć) – nie wiedziałam, bo nie chciałam wiedzieć, że to robię. Wolałam się za bardzo nie wgłębiać w pojęcia, które nagle zaczęły mnie dotyczyć. Stworzyłam własne ich definicje (oparte na stereotypach, wykoślawionych, niesprawdzonych informacjach, plotkach, braku wiedzy, czyli po prostu ignorancji) – bezpieczne dla mnie zakłamanej i dla mojej choroby zakłamania – i przez lata ich się trzymałam. „Trzymałam się” to mało precyzyjny opis. Ja do nich w ogóle nie zaglądałam, nie wietrzyłam przekonań, nie weryfikowałam. Bo i po co? Żeby odkryć coś dla mnie niewygodnego? Coś, co może zacząć uwierać moją dobrze odżywioną tożsamość świetnie trzeźwiejącej alkoholiczki (jeśli już musiałam mieć przylepione do siebie słowo „alkoholiczka”, to tylko osłodzone jakimś wzorowym epitetem).

Sporo przekonań na temat mojego picia odkłamałam dosyć szybko, w pierwszych tygodniach i miesiącach niepicia. Ale kilka czekało na sprostowanie wiele lat.

Pierwsze małe kłamstewko. Nie wynosiłam z domu. Wynoszenie z domu łączyło się dla mnie z następującym obrazkiem: sprzęt grający, biżuteria zastawione w lombardzie, książki oddane do antykwariatu, cenne przedmioty wysprzedawane po to, by mieć pieniądze na alkohol. To oczywiste, że nie mogę się z tym identyfikować. Koniec, kropka! Ale nie przyszło mi do głowy, że kupowanie sobie drinków za jedyne dostępne pieniądze – które zarabiał mój mąż – jest… tak, właśnie tym. Pomniejszaniem domowego budżetu. Czyli okradaniem najbliższych. A moje pierwsze zarobione pieniądze? Uznałam, że są moje właśnie i mogę z nimi robić co chcę. Mogę je przepić. Tych nie musiałam wynosić, bo ich do domu nawet nie przynosiłam. Więc chyba się nie liczy?

Drugie małe kłamstewko. Nie piłam alkoholi niekonsumpcyjnych. Naturalnie, że nie! Wody brzozowej, denaturatu czy płynu Borygo nie miałam nigdy w ręku. Cóż za pomysł, żeby zadawać mi takie pytanie. Mi! Nie budziło za to moich zastrzeżeń to, że tak chętnie brałam się za wzmacnianie organizmu Biovitalem (który nie wiedzieć czemu serwowałam sobie zawsze w kieliszku do likieru) albo że buteleczka Neospasminy (ulubionej od dzieciństwa i zażywanej obficie) starczała mi na dwa „użycia”, rzecz jasna bez konsultacji z lekarzem. W dalszej kolejności jest bimber (odpowiednio doprawiony smakował prawie jak winiak, no, w każdym razie na pewnym etapie „prawie” nie robiło specjalnej różnicy). Można się oczywiście upierać, że syropy są przecież przeznaczone do spożycia. Tak, ale jako leki, w ściśle określonych – i przepisanych! – dawkach.

Trzecie małe kłamstewko. Nie piłam ciągami. Cóż to jest ciąg, cug, korek, kocioł? To wielodniowe patologiczne picie, od rana do wieczora, a właściwie od świtu do świtu, bez przerw, bez powrotów do domu. Przepraszam bardzo, do takich rzeczy proszę mnie nie mieszać! To, że każdego wieczoru wypijam kilka lampek wina, ale przecież nie każdego się upijam, to że po „ciężkim wieczorze”, takim z gatunku już nigdy więcej nie wezmę alkoholu do ust, do obiadu wypijam ożywcze, orzeźwiające piwo, to chyba jeszcze nie tragedia? Jaki to ciąg? Nie docierało do mnie, że każda definicja ma wersję minimum, w tym przypadku chodzi o codzienne przyjmowanie dawki alkoholu. Przyjmowałam? Przyjmowałam!

Czwarte małe kłamstewko. Nie piłam w miejscach, które uważałam za nieodpowiednie dla mnie i z ludźmi, z którymi w innym wypadku nigdy bym nie utrzymywała relacji. Och, oczywiście, że piłam, ale nie dlatego, że musiałam. To był mój wybór. Bo ja robiłam taki eksperyment! Ja – kobieta nowoczesna, wykształcona, feministka i buntowniczka mogę robić co chcę, gdzie chcę i z kim chcę. Miałam taki kaprys, żeby wejść do jakiejś spelunki. To była ciekawość człowieka poszukującego… takie zbieranie materiałów. Z pewnością nie miało wiele wspólnego z tym, że w okolicy nie było innego lokalu o nieco wyższym standardzie obsługi, że akurat na droższy lokal niekoniecznie starczyłoby funduszy albo że z jakiegoś powodu bałam się do tego „lepszego” wejść (a z mordowni mnie chyba nie wyproszą?)

Wylazły na powierzchnię w idealnym momencie – gdy Pierwszy Krok zaczął mi się nieznacznie zacierać. Gdy zaczęłam gubić granice, być może szykować się na dopuszczenie jakichś wątpliwości i głupich nadziei, że może ja jednak więc zobaczyłam, że jednak nie.

035. co mnie ominęło

Posted in dojrzewalnia by udrape on 7 Wrzesień 2010

Rzadko się zdarza, żebym zabrała ze sobą na wakacje jakąś aowską literaturę. Chyba te lata mnie rozleniwiły. Ale ten czas jest inny, zauważyłam, że może być niebezpiecznie, że nakłuty smutkiem umysł może chcieć pogrążyć się (i mnie) jeszcze bardziej, wejść na dobrze znaną ścieżkę autodestrukcji. Więc wrzuciłam do walizki „Dwanaście Kroków i Dwanaście Tradycji”. Dawno nie czytałam.

Krok Pierwszy, o podwyższonym dnie. Miałam 26 lat, gdy przestałam pić. Teraz dociera do mnie, jak wiele okropnych doświadczeń i cierpienia, nie tylko psychicznego, oszczędził mi Bóg, czy Los, czy cokolwiek to było. Mogę tylko podejrzewać, że z mojej równi pochyłej stoczyłabym się zahaczając po drodze o przemoc, wypadki, upokorzenia, biedę. Z jednej strony zaoszczędzone 10-15 lat piekła. Z drugiej – prezent w postaci tego czasu, który – o, tego jestem pewna! – nie poszedł na marne. Nie wiem, czy wykorzystałam go do ostatniej kropli, może nie, ale dokonałam niewiarygodnego skoku świadomości.

Krok Czwarty, o skutkach poczucia zagrożenia emocjonalnego. Złość, litowanie się nad sobą, depresja za każdym razem, gdy czułam lub przeczuwałam odrzucenie. Albo gdy coś szło nie po mojej myśli, choć było ukryte pod świętą racją – rozdrażnienie, zawód, przygnębienie… gniew. Tak, odkryłam coś całkiem nowego – mój gniew. Bo ktoś zachowuje się nie tak, jak prosiłam, a przecież mówiłam. Dlaczego robi inaczej albo wcale nie chce? Najdotkliwsze w najbliższych relacjach. Dlaczego nie umiałam zaakceptować, że ktoś taki jest, tak ma, nie chce lub nie potrafi? Skąd pomysł, że robi to przeciwko mnie?

Krok Szósty, o pożegnaniu z wadami. W tym wypadku nie chodziło o to, że nie chcę rozstać się z czymś niewygodnym. Ja po prostu nie wiedziałam, że to coś niewygodnego istnieje. Moja gotowość, by Bóg uwolnił mnie od wad charakteru pojawiła się niemal w tej samej chwili, co świadomość, że ten gniew istnieje. I co robi(ł) z moim życiem.

015. licytacja trwa

Posted in dojrzewalnia by udrape on 25 Styczeń 2010

Musiałabym sobie powiedzieć: przyznałam, że jestem bezsilna wobec wykrzywionej potrzeby bycia kochaną za wszelką cenę, że przestałam kierować własnym życiem. Tymczasem ja wciąż próbuję nad tym panować, kierować, kontrolować. I wydaje mi się, że to ma sens, no bo kto ma to zrobić, jeśli nie ja? Nie przyszło mi do głowy, że mogę ogłosić bezsilność. Mało tego, nie przyszło mi do głowy, że przez te wszystkie lata moimi decyzjami, wyborami, czynami kierowała chora potrzeba bycia ważną. Chora nie dlatego, że sama w sobie taka potrzebna jest dziwna (bo przecież nie jest). Chora, ponieważ brała górę nad wszystkim, liczyło się tylko to, żeby dostać dawkę, namiastkę poczucia miłości lub choć zainteresowania.

W tej chwili, gdy przyszło mi do głowy, że właśnie zaczynam robić pierwszy krok w tej dziedzinie, przeszły mi po nogach okropne dreszcze. To będzie straszne. To jest niezbędne. Całą sobą poczułam, że na to czekałam wszystkie te lata. Żeby przypomnieć sobie każdą sytuację, kiedy upadałam, gdy traciłam godność tylko po to, by dostać ochłap, by zapchać czarną dziurę.

Minęło trochę czasu i już znowu chwyciłam ster, już znowu chcę kierować, już nie mam chęci ani bolesnej motywacji, żeby się poddać, żeby prosić. Muszę poczekać na kolejny cios, na kolejne odrzucenie (może tylko w moim mniemaniu), na następne upokorzenie? Ale czy nie jest nim bezustanne wgapianie się w telefon, zaklinanie go? Czarowanie, mamienie losu – ja już jestem w stanie zacząć czytać horoskopy… To prawdziwy upadek. Pamiętam, jak przed laty powiedziałam sobie dość: gdy dotarło do mnie, że oto zrezygnowałam z suszenia włosów i odkurzania, żeby nie przegapić dzwonka telefonu. Bo może on zadzwoni. Tak naprawdę nie ten jakiś on był ważny, tylko żrąca pustka, którą nagle przestał wypełniać. Dziś też ją odczuwam. Jest mi niewyraźnie, źle we własnej skórze, nie mogę znaleźć sobie miejsca, nic na dłużej nie jest w stanie zatrzymać mojej uwagi. Czekam w napięciu, żeby coś. Coś nie nadchodzi. Ja się skręcam. Znam podobny stan z dzieciństwa, kiedy nie mogłam doczekać się na jakąś ważną dla mnie rzecz, wyjazd, niespodziankę. Ale tamto było uprawomocnione, dzieci mają prawo do niecierpliwości.

Zastanawiam się, czy te moje hektyczne drgawki są widoczne i odczuwalne po drugiej stronie słuchawki, kiedy telefon już zadzwoni. Czy udaje mi się „zachować twarz” zamarzniętej królowej lodu i chłodu. Bo przecież pokazać swoje emocje to wstyd. Zwłaszcza te nienormalne, konwulsyjne. Więc wpadam w kolejny obłęd – udawanie, że mi nie zależy tak bardzo, że mnie nie boli. Tak to się nigdy nie skończy… Nawet o pokorę trzeba prosić.

014. niezgoda na bezsilność

Posted in dojrzewalnia by udrape on 24 Styczeń 2010

Pierwszy krok AA mam – chyba – jako tako opanowany. Wiem, ze warto od czasu do czasu odświeżyć sobie obrazy z przeszłości, udowadniające, co tak naprawdę mogę, jaką mam władzę, a raczej – czego nie mogę i nad czym nie panuję.

Gorzej z ogłoszeniem bezsilności wobec innych zniewoleń. Jedno teraz najbardziej daje się we znaki. Trudno mi z nim, bo dotyczy rudymentarnej potrzeby ludzkiej – miłości i bliskości. Tu nie potrafię i nie chcę oddać. Poddać się, powierzyć Bogu, poprosić, by to On poprowadził. Jak to zrobić? Z alkoholem sprawa jasna – mogę odstawić, dzień po dniu,  na długo, wyobrażam sobie, że nawet na całe życie. Ale z bliskością, miłością, byciem z mężczyzną… Nie, tego nie jestem w stanie się wyrzec! To chyba tak, jak z zakłóceniami w jedzeniu, z bulimią czy anoreksją. Wiem, że musiałabym się nauczyć jakoś funkcjonować z uzależnieniem, bo przecież jeść muszę, by żyć.

OK., może nie muszę kochać i być kochaną, żeby przeżyć. Ale życia bez tego nie chcę. Nie chcę tak żyć, ani nawet wyobrażać sobie, że będę tego pozbawiona, że umrę bez miłości. Tego rodzaju miłości.

Jestem wściekła, że nie mogę ułożyć sobie życia (tak, to bolesne i żałosne, że pełnię widzę tylko w byciu z mężczyzną; bo przecież życie – poza tym jednym obszarem – mam świetnie ułożone), nie mam na to zgody. No, bo jak to, dlaczego ja nie mogę tego mieć? Co takiego zrobiłam, że ja nie? Czy to kara?

Ostatnio pokłóciłam się o to z Bogiem. Nie, nie pokłóciłam, zrobiłam Mu karczemną awanturę, z krzykami, wyzwiskami i płaczem. Jak to jest, z tą Jego miłością, skoro nie chce mi dać takiego drobiazgu (w Jego optyce, tak przypuszczam), tego, co jest dla mnie najważniejsze, co jest mi tak potrzebne, że aż niezbędne? (Teraz, oczywiście, widzę, dlaczego mogę tego nie dostawać… właśnie dlatego, że to najważniejsze, że poza tym nie ma dla mnie smaku, że tego chcę i pożądam).

Kłótnia odbyła się w drodze na przypadkowy i ponadplanowy mityng. A tam, zamiast kroku pierwszego, jak przykazane w styczniu, nagle omawiają trzeci: Powierzyliśmy nasze życie i naszą wolę opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy. Co takiego? Mam oddać się komuś, kto nawet nie wiadomo czy istnieje, czy w ogóle mnie zna, a już na pewno nie ma zamiaru pomóc mi w czymkolwiek? Akurat! Bunt coraz większy – nie zamierzam się powierzać, bo nie ufam, że On mnie uratuje. I widzę naraz, że krok drugi (Uwierzyliśmy, że siła większa – do tej pory zawsze stawiałam w to miejsce Boga – od nas samych może przywrócić nam zdrowie.) też wziął w łeb. Ale nie ma się co dziwić, że lecą jak domino. Skoro pierwszy nie istnieje kolejne nie mają przecież racji bytu.

010. nie jestem nienormalna

Posted in dojrzewalnia by udrape on 3 Styczeń 2010
 

Dziś mityng DDA. Poprzednio – jedyny raz w tym miejscu – byłam dwa lata temu. Nie lubię tych mityngów, są dla mnie takie rozlazłe. Cóż, kiedy nawet takie niedoskonałe działają.

Nie miało mnie tam być dzisiaj. Podobnie, jak nie miałam być wczoraj w pewnym miejscu i zobaczyć sceny, która godziła w moją godność i moje bezpieczeństwo, i która wymusiła na mnie podjęcie konkretnych działań, tym bardziej, że wszystko odbyło się przy świadkach. Przypadek? Wątpię. Ja to nazywam nawet nie magią, tylko niezwykłą egzemplifikacją Bożej Miłości do mnie. Od jakiegoś czasu wiem i głęboko wierzę, że mój Anioł Stróż (czy jakkolwiek mogłabym nazwać tę Siłę) bardzo o mnie dba, ma pełne ręce roboty i wykonuje ją potwornie sumiennie.

Wczoraj Bóg pozwolił mi więc zobaczyć, że jestem ohydnie oszukiwana. Zrobił to w sposób widowiskowy i tak, że trudno przejść nad tym do porządku, choć ja odkryłam w sobie nawet pokusę udania, że nic się nie stało albo, że to na pewno da się jakoś wytłumaczyć.

Dziś za to, właśnie na mityngu, usłyszałam dwie niesamowite rzeczy – dla mnie odkrywcze, choć siedzę w temacie od lat. Po pierwsze, że dorastanie w chorym, pijanym domu spowodowało u mnie między innymi uzależnienie od bycia krzywdzoną (właśnie, niezauważalnie dla samej siebie, zaczęłam pozwalać to robić). Po drugie, pewne określone moje dziwne, wkurzające, wstydliwe zachowania są efektem życia z tatą alkoholikiem i współuzależnioną mamą, nie jest moją winą, że wybuchają teraz nagle, gdy ktoś włączy zapalnik. To nie jest moja wina, nie mam na to wpływu, że się pojawiają (inna rzecz, co dalej z tym zrobię), nie mogę tego kontrolować, bo jestem bezsilna wobec tych zachowań. Nie znaczy to dla mnie, że nie ponoszę za nic odpowiedzialności, a jedynie to, iż nie muszę katować się dodatkowo, że jestem słaba, że mało się staram, że jestem nikim, że coś tam się stało, nad czymś nie zapanowałam, czemuś się poddałam. Ogromna ulga!

I jeszcze to, że skoro bezsilność, to tylko Bóg się z tym rozprawi, więc spokojnie mogę mu to powierzyć. A nawet muszę (nie mówiąc o tym, że teraz już bardzo chcę), bo to jest zbyt wielkie dla mnie, sama nie uniosę.

Straciłam czujność. Ja, taka doświadczona, dbająca o swoje bezpieczeństwo alkoholiczka. Jak to się stało, że dałam się wmanipulować w to picie u mnie w domu? Że nie zauważyłam, czym to może grozić, nie zastanowiłam się, dlaczego ten toast taki niezbędny.

Proste, bo współuzależnienie było pierwsze, przed alkoholizmem, bo najpierw zadziałała ta zapadka z dzieciństwa. To na pewno ze mną coś nie tak, że mam jakieś obiekcje, tu człowiek chce normalnie, jak człowiek właśnie, a ja, dzikus jakiś, wymyślam, że nie można. Przecież powiedział, że wszystko jest dla ludzi, zwłaszcza rozsądnych, a on rozsądny… Tak powiedział.

Przestraszyłam się, że poszło tak łatwo. Że byłam tak niebezpiecznie blisko. Wiem, że byłam.

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.